EPILOG
Porządkujemy tratwę, wszelkie zapasy staramy się skonsumować. KAPITAN przyrządził wspaniały GZIK, ja gotowałem pyry (ziemniaki skończyły się ale, głównie za sprawą „potatora”). Nie dostąpiłem zaszczytu ponownego sporządzenia gziku, podobno mój wynalazek w tej dziedzinie był profanacją – tak twierdzi KAPITAN ( ja mam na to swoje odrębne zdanie). Pyry się dogotowują, jeden to nawet na papkę, no to jemy OBIAD. Zmywanie, sjesta, nie włączmy generatora, nie mamy sumienia zakłócać wyraźnie słyszalnej ciszy /kiedyś będziemy musieli, trzeba nadrobić zaległości w przekazywaniu informacji i fotek. Jakaś żaba sie do nas uśmiecha, nie wiem zresztą dlaczego? – też robię się śpiący – leniwe baranki przesuwają się po niebieściutkim niebie, lekko falują falbanki PARASOLA… WYTRACAMY PREDKOŚĆ… TO JUŻ KONIEC SPŁYWU. Siedzimy markotni i przygnębieni. W nocy przyśnią się nam MIELIZNY! Żegnaj PRZYGODO NA WARCIE na 53 i pół kilometrze. A HOJ !
Jutro dzień techniczny, nie będę go opisywał, chyba, że wydarzy się coś szczególnego.
