Dzień dziesiąty


ŚRODA    28.08.2013 r.       DZIEŃ DZIESIĄTY 

Start – WRONKI -okolice

To już mały jubileusz ! Pierwszy po Bogu śpi gdy ja wypełniam  obowiązki pierwszego i kolejnych oficerów. Dziś nie ma żadnych rekordów- jest jubileusz – bo po ogarnięciu jednostki doszedłem do wniosku, że należy mi się zmiana wachty.  Niestety zmiennik nie stawił sie na pokładzie… Słońce już lekko przygrzewa, w końcu pijemy kawę, jemy pierwsze śniadanie gdy dzwoni John’y (Jasiu B.), jest już pod Wronkami i za chwilę stanie na pokładzie, dołączy do naszej załogi. NARESZCIE bedziemy mieli COOKA oraz lekarza pokładowego. Pogoda chwilowo piękna, bezwietrznie i słonecznie. KAPITAN odrabia wczorajsze zadania, bo zawiesiła się komórka i dzisiaj jest natłok! Ponadto musimy poprawić nasz kolejny wynalazek sterowania tratwą – raczej wracamy do stanu wyjściowego a następnie obmyślamy nowy (może tym razem skuteczny) system sterowania.

JOHNY WALKER  zaskakuje nas swoją szybką obecnością – nie sądziliśmy, że tak wnet nas odnajdzie w tej ukrytej w chaszczach zatoczce. Okazuje się, że drogę wskazała mu flaga od 'RYCHA’ z KOTOWA. Wraz z Johnem Walkerem dołączył do nas przyjaciel 'STOCK’. Gawędzimy miło, ale Johny ma bardzo skromny limit czasowy- wzywają go obowiązki- opuszcza nas z ciężkim sercem. Fotka dla upamiętnienia wizyty i każdy rusza w swoją stronę (jest już dobrze w południe). Nam jest okropnie żal, że taki dobry COOK- tylko kuknął i odjechał…  Płyniemy przez piękne okolice, pogoda i widoki cudowne, ponownie sielanka … zapatrzyliśmy się na chwilę i z nagłym zaskoczeniem stwierdzamy, że siedzimy na mieliźnie. Nawet nasz silniczek z wściekłością młócący wodę nie daje rady, spod śruby wydobywa się coraz więcej ciemnego mułu – SILNIK STOP! – krzyczy PIERWSZY PO BOGU, ZA WIOSŁA I PYCHY ! męczymy się dobrą chwilę, ale w końcu udaje się rozbujać tratwę i powolutku idziemy na głębszą wodę, płyniemy ! Teraz rozglądamy się i podziwiamy trochę oszczędniej, około 14-ej czterdzieści docieramy na wysokość promu w CHOJNIE, tu robimy przerwę. Coś na ząb, KAWA! Ja idę do sklepu po zakupy, po drodze zwiedzam miejscowy, uroczy wiejski kościółek, załatwiam wodę techniczną (do picia mamy z dużych butli). STEFAN w tym czasie pracuje- przygotowuje fotki i urywki dziennika do wysyłki. Wracam i ruszamy. Bez przeszkód docieramy do SIERAKOWA. /z tą miejscowością wiążą się wspomnienia ze studenckich rajdów – TO BYŁY CZASY!/. Zaraz za mostem przystań- tu cumujemy – teraz już z rutynową wprawą. Natychmiast wyhacza nas jakiś facet przejeżdżający samochodem, okazuje się, że to właściciel gospodarstwa agroturystycznego położonego dalej 6 kilometrów w dół rzeki. Wspomina coś o swojej tratwie. Umawiamy się na jutro na odwiedziny, choć on sugerował dalszą podróż. Ma być w końcu PRYSZNIC !!! HURA!!! Uzyskujemy również kilka bardzo dla nas cennych informacji ( tu w oryginale są dwie strony puste dotyczące rzeczy przemilczanych i tych o których my również kiedyś zapomnimy). Idziemy do MIASTA. Otwarte jest jeszcze BISTRO (jedyne w SIERAKOWIE). Podoba się nam nawet… Jeszce w sklepie kupujemy ARBUZA, urządzamy sobie wieczór przy świecach ( w końcu mamy ich dużo). CISZA,  WODA PŁYNIE…..

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19