Dzień szósty


SOBOTA    24.08.2013 r.       DZIEŃ SZÓSTY  

Start – Kotowo

Budzę się już o 6-tej  i zarządzam  spacer do dębów aby upamiętnić swój pobyt w ich towarzystwie (są imponujące, podobnie jak w Rogalinie, tylko że w dużo lepszej kondycji zdrowotnej – może dlatego ,że mało kto o nich wie -gdyby one umiały opowiedzieć co widziały ? ). STEFAN przed 9-tą oczu nie otwiera. RYSIU też jak skowronek od rana na nogach, udaje się do sklepu po chlebek więc korzystam z Jego uprzejmości aby i dla nas poczynił zakupy (były na później, bo oczywiście zostaliśmy zaproszeni na śniadanko. Pierwsza jest kawa, która smakuje wyjątkowo, po prostu balsam, świeże bułeczki z dodatkami do wyboru… KAPITAN wypija jedynie swoje śniadanie składające sie z trzech dań, zje coś dopiero o wiele później gdy organizm trochę sie rozrusza… Jest Fajnie, ale w końcu kiedyś trzeba wypłynąć i czynimy to około 11-ej. Bez przeszkód dopływamy do mariny w Śremie, gdzie zgodnie z zapowiedzią Rysia szykuje się sobotni grill dla społeczności wodniaków. Po uroczystym salucie wystrzelonym 'Potatorem’ w kierunku mariny jednym z ostatnich kartoflanych nabojów, zawijamy do portu. Cumujemy do nadbrzeża po przeciwnej stronie łódek. Towarzystwo na chwilę odrywa się od swych przygotowań, oglądają naszą jednostkę pływającą wraz z jej wszystkimi technicznymi nowinkami. KAPITAN udziela stosownych wyjaśnień, ZAŁOGA korzystając z uprzejmości pana JACKA  udaje się samochodem do stacji BP aby dokonać zakupu paliwa na dalsze ewentualne potrzeby. Po powrocie pijemy uroczystą KAWĘ, obie strony wykonują pamiątkowe fotki, zwiedzamy marinę, spóźnieni oglądają jeszcze naszą tratwę – w końcu odpływamy. Znów salut pożegnalny – KAPITAN od tych salutów poparzył już sobie palce – a wspomnieć należy ( bo nie sposób wszystkiego opisać we właściwym miejscu i czasie) – że armata do salutowania miała poważną awarię zaraz na samym początku użytkowania w Ciążeniu – po oddaniu salutu ziemniakiem w kierunku samotnego wędkarza – co było absolutnym przypadkiem, gdyż był wyjątkowo dobrze zakamuflowany, boczny zawór bezpieczeństwa wyleciał w kawałkach w powietrze ze świstem przelatując nad głową ZAŁOGI dążącej do upamiętnienia tej wiekopomnej chwili. Jak zwykle na całej trasie spotykamy wielu wędkarzy, pozdrawiamy się wzajemnie, czasami nawiązuje się krótka rozmowa na czas słyszalności ( nie zwalniamy biegu), czujemy od tych ludzi życzliwość, czasem zaskoczenie i uśmiech na twarzy, nigdy nikt nam nie powiedział złego słowa, co najwyżej jakiś zamyślony nie zwrócił na nas uwagi. Często ostrzegali nas o grążących zagrożeniach płynących z niskiego stanu wody, czasem naprawdę nam sie to przydawało.

Po pewnym czasie dopływamy do RADZIEWIC i nieopatrznie mijamy starorzecze – bo do restauracji kolegi STEFANA niby miało być drugie. Orientujemy się jednak, że drugiego nie ma i trzeba wracać kawałek pod prąd i akurat wtedy znowu zrywa się silniejszy wiatr oczywiście w nos. Komenda KAPITANA 'cała naprzód’ silnik wyje jak opętany, a my w zasadzie stoimy w miejscu. Chciałoby się czymś pomóc, ale nie ma jak, powoli centymetr po centymetrze przedzieramy się przez wiry zakrętu i złośliwe podmuchy wiatru. W końcu osiągamy ostrogę zasłaniającą nas przed głównym nurtem rzeki, jest już lżej, dajemy radę, wpływamy w starorzecze, dopływamy do pierwszego pomostu w głębi. Stąd już kawałek do restauracji – tak twierdzi KAPITAN. Krótkie przeorganizowanie, zamykamy budę i idziemy na dawno zapowiadaną 'czerninę’ i golonkę. KAPITAN funduje ZAŁOGA futruje. Smaczne. Po, wszyscy znajomi, a akurat znalazło się tam towarzystwo rowerowe, idą oglądać tratwę. Pewne wynalazki (szczególnie pisuar) zaskakują zwiedzających, są pełni podziwu ale nikt nie pisze się na dalszy rejs z nami… Wyciągamy laptopy zamierzamy uzupełnić dane. No cóż zjawia się STASZEK K. z żoną i laptopy idą w odstawkę. Wiemy już, że nie da się żyć i działać systematycznie na tratwie płynąc na widach śródlądowych, opowieści takie między bajki włożyć. Późnym wieczorem (nocą) uzupełniam podręczny dziennik i zgrywamy zdjęcia  na laptopa aby po kilku dniach nie powstał mętlik nie do ogarnięcia. Czas porządkowania nastąpi później… STEFAN zdołał wysłać swoje na pocztę Jakuba aby choć coś drgnęło na naszej stronie. Znów nie mamy szans na wklepanie dziennika – może jutro?

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19