dzień piąty


PIĄTEK   23.08.2013 r.       DZIEŃ PIĄTY  

Start – Czeszewo

Po pięknie przespanej nocy przy pomoście w Czeszewie i dokonaniu niezbędnych zakupów w lokalnym sklepie przy kościele wyruszyliśmy skoro świt około godz. 11-ej czterdzieści. Tym razem kapitan STEFAN zarządził, że będziemy przemieszczać się ze wspomaganiem i będzie to relaks dla naszych spracowanych dniem wczorajszym mięśni. Droga wodna upływała nam w miłej i przyjemnej atmosferze. Byłem sternikiem a STEFAN stał na „oku” (słaba widoczność zza budy) i od czasu do czasu podawał stosowne do temperatury napitki a nawet raz zaserwował kabanoska z chlebkiem, ja natomiast cieszyłem się możliwością wybierania szlaku wodnego i swobodą podejmowania decyzji odnośnie zachowania odległości od zdradliwych o tej porze roku brzegów Warty (bardzo niski poziom wody stawiał nas przed szeregiem niespodzianek nawigacyjnych). A Słoneczko przygrzewało, wiał lekki wiaterek od rufy, silniczek z lekka pyrkał, tratwa płynęła i była sterowna – SIELANKA ! Dziś nawet nie braliśmy do ręki wiosła, a pych tylko do startu. Pierwotnie zamierzaliśmy przycumować w Goglewie, ale tam nie znaleźliśmy pomostu, który był w opisie trasy więc KAPITAN zadecydował – słońce wysoko- płyniemy dalej. Następne przychylne nam miejsce według opisu to KOTOWO na 303 kilometrze i tu dotarliśmy o przyzwoitej porze. Podpływając do cumowania spotkaliśmy sie niespodziewanie z osobą płci żeńskiej, która sama z siebie bezinteresownie przejęła rzuconą cumę i pomogła nam przycumować do dość stromego brzegu. Zaraz sporządziliśmy jako-taką obiado-kolację i wyciągnęliśmy laptopy do uzupełnienia naszych danych (fotki, notatki). TAK! tym razem szło wszystko według planu, chyba zdążymy na czas z materiałem na stronę i będziemy na bieżąco ! Laptopy ułożone na pokładowym stole, podłączone, uruchomione – i tu niespodzianka- pojawia się znad skarpy nieznany nam mężczyzna i kategorycznym głosem stwierdza, ze zaprasza nas na KAWĘ. Ton nie pozostawiał złudzeń żeby można nawet negocjować czas przyjęcia zaproszenia- kawa stygnie! Cóż począć, bierzemy nasz skromny zestaw kabanosów, jakieś coś tam i idziemy pod górę. Meldujemy się przy stoliczku usytuowanym na wysokiej skarpie w pobliżu tlącego sie ogniska, czeka gorąca kawa, dalej spostrzegamy mini obozowisko przystrojone pięknie kwiatami a w głębi pole namiotowe i TOALETY !  LUKSUS ! , była to godzina – no powiem tak, że słoneczko było jeszcze dość rześkie. O tym kogo poznaliśmy przy stoliczku o czym rozmawialiśmy i jak się bawiliśmy nie będę teraz opowiadał, powiem tylko, że na jednostkę pływającą wróciliśmy około godziny 1-ej trzydzieści i to nie wszyscy w pełni sił witalnych – ale tym razem było z górki… Okazało się, że w Kotowie spotkaliśmy wspaniałych ludzi wody z mariny w Śremie- zapamiętałem tylko imiona niektórych – za co bardzo przepraszam- głównie RYSZARDA, zarządcę tego pięknego miejsca- i Jego znajomych, rodzinę, a później już pogubiliśmy się w tych koligacjach, wiem, że z pewnością był MAREK z żoną i dziećmi, który spał na łodzi obok naszej tratwy, był JACEK właściciel skorupki z 90 konnym silnikiem „Mercury’, którą dosłownie FRUWAŁ po Warcie, oraz sympatyczni młodzi ludzie, którzy mieli się pobrać zanim my dotrzemy do kresu naszej wodnej wędrówki. Zapamiętałem imię  dziewczyny (tak jakoś łatwiej) 'ANIA’ (siostra MARKA, który spał na łodzi)….   Było przesympatycznie, zimne piwo, gorąca kiełbaska z grilla, no i te ogóreczki małosolne pana Rysia, którym nie mogłem się oprzeć… (może wyglądało to na łakomstwo. ale Ryszard z dziką swobodą przynosił kolejny kopiasty talerz twierdząc, że ich nie zbraknie). Stefan deklamował, śpiewał trochę, przygrywał na gitarce, powtarzam nastrój był wspaniały. Otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie na wesele Państwa Młodych z opisem jak dojechać, (przyznam, że nie na długo zapamiętaliśmy tą lokalizację) oraz na jutrzejszą imprezę w śremskiej marinie. Nie wiem jaka będzie decyzja KAPITANA, ale obawiam się, że nasz zakładany harmonogram zostanie całkowicie zrujnowany. Nie powinienem już był więcej pisać bo jest już 'po terminie’ – dzień minął, rozpoczął się dawno następny a teraz nie warto zaczynać nowego opisu… Ważne, że jesteśmy cali i zdr — , no prawie, STEFAN śpi na swojej koi, a ja będę spał już za chwilę. Komórki ładują się na jutro, ognisko dogasa, Marek ułożył się z żoną na łodzi, wokół zapanowała cisza, czasem słychać tylko plusk wyskakującej ryby, księżyc patrzy na to wszystko ze stoickim spokojem…

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19