WTOREK 27.08.2013 r. DZIEŃ DZIEWIĄTY
Start – Oborniki
STEFAN SCHODZI NA PSY – tak się zdarzyło, że opuścił koję PRZED GODZINĄ ÓSMĄ . Teraz pijemy kawę tzn. ja herbatę i planujemy dzień. Na moście (trasa nr 11) szum komunikacyjny, w oddali z miasta dochodzi bicie dzwonów- (stąd mamy widok na strzelistą wieżę kościoła). Wczoraj wreszcie udało nam się zakupić ( przeceny) w pobliskim 'Inter Marche’ okulary słoneczne – bo dotąd słoneczko czasami strasznie nam dopiekało po oczach (płynęliśmy raczej pod słońce) – ale gdy juz je mamy dlatego dziś dzień choć znacznie cieplejszy wita nas całkowicie zachmurzonym niebem. Zawsze tak jest. Idziemy obfotografować widok z mostu na tratwę, wykonujemy niezbędne codzienne czynności, w tym drobna przepierka. Przygotowujemy w mniejszych pojemnikach paliwo do generatora i silnika (czterosuw i dwusuw), w tym, nauczeni niedawnym doświadczeniem, żelazny zapas 5 litrowy do silnika.

Możemy ruszać, w baku mamy poziom 17 cm. Muszę zaznaczyć, że potrzeba wynalazczości STEFANA zostało choć w części zaspokojona, gdyż dokonaliśmy kolejnej wersji prowizorki sterowej do sprawdzenia. Myślę, że teraz z poczuciem spełnienia Jego myśl inżynierska może kierować się na nowe obszary odkrywcze. Wiele dziewiczych ostępów w tej dziedzinie jest do zagospodarowania. (trochę boję się tych pomysłów, bo może okazać się, że mam w nich wziąć jakiś udział). KAPITAN dopija kawę, zapali 'fajkę’ i odbijamy. Jest godzina około 9-tej. Kolejny rekord pobity !!! Z pewnością wyruszymy wcześniej niż wczoraj !.. W sumie udało się tylko TROCHĘ wcześniej. Płyniemy przez naprawdę piękne, malownicze okolice, robimy dużo fotek. Pogoda dopisuje. Przystanek na przerwę (obiadową?) w STOBNICY, zaraz za nieużywanym już mostem kolejowym, w małym zakolu Warty.
Parę metrów dalej jest „PRZYSTAŃ u MACIEJA” – ale tam nie ma dla nas miejsca, mieszczą się jedynie motorówki. Fajna okolica. STEFAN wyrabia się komputerowo, a ja idę po chleb do sklepu w Stobnicy. W sklepie miła obsługa, nikomu się nie spieszy, rozmawiamy – o dziwo (to ja jestem zdziwiony) – pani wie gdzie jest SŁUPCA i skąd płyniemy.(?)… Będzie chyba ostra zima, bo bociany ze stobnickiego gniazda odleciały dwa tygodnie temu, tak mówią miejscowi. Były trzy młode, ale jeden zginął w lipcowych nawałnicach. O tym, że będzie mroziło świadczą też zapasy drewna stobnickich gospodarzy. Rozmawiamy o sposobach łupania drewna i innych sprawach z panem, który łupie drewno przemyślnym urządzeniem. Z właścicielami posesji nr 22 rozmawiamy o okolicznych ścieżkach rowerowych i dostępnych atrakcjach jak bobry i wilki, konie… Można by sie tu przykotwiczyć, ale dalej też może być ciekawie? ( chciałbym zajrzeć tu kiedyś rowerem ?) Teraz wracam na tratwę z zakupami. KAPITAN jest wyrobiony – płyniemy dalej – wiatr się uspokoił, słońce,- dobrze, że wczoraj jednak dokonaliśmy zakupu tych okularów… Robimy sporo zdjęć. O przyzwoitej porze zatrzymujemy się prawie na przedmieściach WRONEK. Widzimy jakieś zabudowania i słyszymy bicie kurantów ale jesteśmy jeszcze przy lesie w małej, dość głębokiej zatoczce./ Właśnie z tą głębokością to jest bardzo różnie, z jednej strony tratwy jest głęboko a z drugiej tak płytko, że czasem piasek wystaje ponad wodę tworząc małe wysepki – trzeba bardzo uważać/.
Tym razem STEFAN wykazał się kunsztem kulinarnym i przyrządził sałatkę z tuńczyka, z tym, że nie pamiętał o wszystkich składnikach. Najważniejsze, że w sałatce był TUŃCZYK ! Ja w tym czasie obieram i gotuję ziemniaki (które ostały się przed armatą bo były niewymiarowe), w sumie – wreszcie – bo zaczynały robić się zielone. Po tych zaszczytnych zajęciach zabieramy się do twórczości intelektualnej oraz zgrywania bieżących fotek, odbieramy telefony.
Tym razem nie ma turystów, odwiedzin, wizyt – w sumie stoimy w pokrzywach – KTO TU PRZYJDZIE? A jednak przewija się jakiś odosobniony wędkarz, jeśli nałapie ryb będzie zaproszony „na kolację”..
