PONIEDZIAŁEK 02.09.2013 r. DZIEŃ PIĘTNASTY
Pobyt – Gorzów Wielkopolski, BULWAR
Spałem dobrze do czasu, gdy ZRESOCJALIZOWANY KAPITAN wstaje ’ po cichutku’ i przyrządza PIERWSZĄ ciepłą kawę i podaje mi do łóżka (koi). GRA dla mnie piękną kołysankę (nie wiem dlaczego nie pobudkę?) – której, niestety z uwagi na wady sprzętu technicznego / zapełnienie pamięci i wyczerpanie baterii/ nie zdążyłem zarejestrować w całej krasie lecz jedynie w bardzo okrojonym kawałeczku. Za chwilę powracają nostalgiczne wspomnienia- MORSKIE OPOWIEŚCI odbiły się od wysokiego brzegu BULWARU- UTRWALAM sobie ponownie wieczorne perypetie KAPITANA – przypadkowa rozmowa z synem (właściciela? zarządcy?) mariny za Gorzowemm, do której zamierzamy jakoś dotrzeć i wyslipować tratwę.- BRAK kurtki oraz portfela, lekkie zdumienie i irytacja z powodu drogich taksówek w Gorzowie… itd. itp… ALE w SUMIE DZIŚ ŚWIĘTO KAPITANA, składam więc ŻYCZENIA i wręczam skromny prezencik /który, jak sądzę, tylko w połowie będzie przydatny dla solenizanta (rewanz)/. PIERWSZY PO BOGU odbiera pierwsze i kolejne życzenia imieninowe prze komórkę ( jest akurat naładowana). Za chwilę podejmuje decyzję wyprawy po ZAOPATRZENIE- udaje się do pobliskiego TESCO. W tym czasie pojawia się kolega JAROSŁAW z KURTKĄ i PORTFELEM STEFANA. Rozmawiamy i czekamy na powrót KAPITANA. Wraca po dłuższej chwili (choć tu wszędzie blisko).- ZADOWOLONY!- Z drobnych odszukanych w zakamarkach odzienia zdołał nabyć JEDNO PIWO i JEDNĄ BUŁKĘ. Jednak jego niesmak budzą niechętne spojrzenia i wyraźna niechęć, której doświadczył przy kasie gdy płacił za te zakupy. NIE DZIWIĘ SIĘ – poszedł bez skarpetek, 'tak jak stał’, przed poranną toaletą, choć ta i tak niewiele by zmieniła- nie golimy się od początku rejsu- takie założenie!. Nie wiem jak wyglądał sam proces regulowania należności, czy penetrował zakamarki odzienia w poszukiwaniu środków, czy też miał je już uszykowane? – ale domyślam się jak to zrobił – widzę tą rodzącą się myśl kasjerki – „w moim rejonie pojawił się NOWY M (arynarz)… Jemy śniadanie. Ja bułkę /spreparowaną przez zresocjalizowanego- w pewnym stopniu SOLENIZANTA (dla innych aspektów resocjalizacji trzeba by jeszcze wielu kilometrów rzeki.. /. JEST FAJNIE, humor KAPITANA, po wyjaśnieniu się kilku zagadnień znacznie się poprawia. JAROSŁAW odjeżdża. Lekko kropi deszcz, zapłakane szyby naszego domku, ciche krople szumiące na dachu i ogólna cisza, lekkie poszarpywanie tratwy za cumy.. BŁOGI SPOKÓJ – ciepełko śpiwora – MIŁO, mogę spokojnie uzupełniać jedne z ostatnich wrażeń naszej wyprawy. Gdy uzyskujemy PRĄD – uzupełniamy wczorajsze zaległości medialne – FANI donoszą, że są opóźnienia. My jednak wiemy, że ciężko harujemy i pretensji do nas być nie może, naprawdę ISĘ STARAMY! Piszę – KAPITAN się ZADUMAŁ.. o czym myśli wpatrzony w niski sufit kołyszącej się kanciapy? W końcu interweniuje, jest zbyt spokojnie, podejrzewa mnie o jakieś niecne poczynania, podchodzi więc z PREZENTEM, wiem, że mnie sprawdza./ i tak napiszę swoje -a ON o tym wie/. SPORO się tego dnia wydarzyło / mimo BAROWEJ pogody/. Zwiedziłem 'przybrzeżne’ miasto, KAPITAN w tym czasie COŚ robił. Po powrocie zostałem zaproszony na IMIENINOWY OBIAD do 'SANTA TEE’ – bardzo porządnej restauracji. Spędzamy tam wiele kolejek. KAPITAN jest w tym względzie prawdziwym WILKIEM MORSKIM, a nie tam jakimś żeglarzem ( no może flisakiem) śródlądowym… Poczyniamy szereg ciekawych obserwacji. AH! byłbym zapomniał, na śniadanie wyszliśmy na barkę, między innymi aby skorzystać z dobroci cywilizowanego świata a i po to by uzupełnić płyny fizjologiczne. Z tych pobytów mamy pamiątkowe fotografie /wykonane grzecznościowo przez barmana/ – aby wnuki mogły w przyszłości podziwiać naszą dzielność i determinację. / Wkradło się w tą chronologię trochę haosu, ale to ze względu na tą parszywą pogodę./ Postanowiliśmy także zrobić zakupy w BIEDRONCE. Na następne śniadanie KAPITAN obiecał zrobić GZIK, ale w jego wydaniu. Moja kuchnia absolutnie mu nie odpowiada i unika jej w każdy możliwy sposób, wykorzystuje każdy pretekst, każdą okazję aby pozbawić mnie przyjemności gotowania. Nasze wejście do sklepu elektryzuje OCHRONIARZA, który prawie zasypiał w okolicach kasy. Nagle zachciało mu się spacerować, AKURAT KROK w KROK za NAMI – a my, że potrzeby mieliśmy różne po chwili rozpierzchliśmy się po sklepie – miał biedak dylemat KOGO ma bardziej pilnować, ale widać było, że bardzo się stara. W końcu znaleźliśmy co było nam niezbędne – i do kasy. Tu Pani uprzejmie informuje KAPITANA, że tego zakupu na kartę nie może zrealizować, na co KAPITAN wyciąga, acz niechętnie, żywą gotówkę, a Pani na to dalej swoje, że takim 'zarośnietym’ (czytaj jak rozumiesz) to tego TOWARU NIE SPRZEDAJEMY- cóż MUSIAŁEM (choć z pewną dozą niechęci) wstawić się za KAPITANEM – w takim razie to JA kupuję TEN TOWAR -” a to co innego” stwierdza PANI. JEDNAK zapłatę zgarnęła nawet od 'zarośnietego’.- I tak to jest…. z tą biedronką. Wracamy na tratwę, tu KAPITAN przypomina sobie ,że zapomniał fajki, ale na złość Biedronce idzie do TESCO – wraca zadowolony – widocznie nie było problemów, no może tylko ten, że wpadł na pomysł by przetestować jak to jest gdy wypadnie przenocować się pod MOSTEM? Nadchodzi późniejszy wieczór, PADA, nadal na cumie, nie ruszamy się dzisiaj juz nigdzie, włączamy generator, trzeba zgra c fotki bo zapełniły się karty, naładować komórki. Powoli oswajamy sie z myślą, że dobiega kres naszej wodnej przygody. Zaczynamy żałować naszego silniejszego 25 konnego silniczka, który wymieniliśmy na mniejszy , ale sprawny, tym co mamy w górę NOTECI się nie da….
