Dzień ósmy


PONIEDZIAŁEK    26.08.2013 r.       DZIEŃ ÓSMY 

Start – Poznań

Wstaje piękny poranek, w porannym słońcu prezentuje się Ostrów Tumski i budynki po drugiej stronie Warty. Ponownie na chwilę wracają wspomnienia… Start wyjątkowo wcześnie około godziny 10-tej trzydzieści. STEFAN zjadł śniadanie o 8-ej, co jest ewenementem podwójnym, po pierwsze zjadł, po drugie o 8-ej. (może zaczyna działać element dobrego przykładu ZAŁOGI?). JUREK H. odwiedza nas ponownie, ale już króciutko, na pożegnanie, jest mu przykro, że nie może dalej z nami popłynąć – to widać. Pod mostem na Garbarach (najtrudniejszy moment na tym odcinku ze względu na kamienie) przechodzimy bezproblemowo ( mamy już trochę wprawy w rozpoznawaniu pułapek) ale nadal trzeba uważać. Po pięknym poranku rusza się dość silny, chłodny, przenikliwy wiatr i to do tego w nos – a właściwie w 'budę’, czujemy jak nas spowalnia i rzuca na boki. Walczymy z tym wiatrem cały czas, do tego zachodzące za chmurę słońce natychmiast obdarza nas chłodem wciskającym się za koszulę. Zakładamy coś cieplejszego. Wychodzi nasza gwiazda i znów się pocimy, trzeba te buby ściągać i tak na okrągło. Około 14-tej trzydzieści osiągamy przystań kajakową „BING DUGA”, gdzie cumujemy i robimy przerwę na przekąskę. Przydał się ten odpoczynek, dalej ruszamy pełni optymizmu i w dobrych humorach. Niestety na JEDEN kilometr przed przewidywanym postojem, przed mostem w OBORNIKACH zbrakło nam paliwa, tratwa natychmiast zaczęła tańczyć i pchała się na jakiegoś wędkarza nie zważając na nasze wysiłki utrzymania jej w głównym nurcie rzeki. Już widzieliśmy przerażenie w jego oczach, za dużo sprzętu miał na szybką ewakuację, mam również nie było do śmiechu, STEFAN wywijał pychem, napierał, na chwilę udało mu się przyhamować impet jednostki, ale obracanie trwało nieubłagalnie nadal. W tym momencie przypomniałem sobie o znikomej ilości paliwa w kanisterku do pierwszego małego silniczka , która została nam z okresu testowania tratwy na jeziorze i w błyskawicznym tempie wlałem go do zbiornika, kilka ruchów pompką i odpalam silnik (tu piękny ukłon dla Panów od których otrzymaliśmy ten sprzęt – rzeczywiście nas nie zawiódł)., Zaskoczył dosłownie w ostatniej chwili – wędki zostały uratowane. Uff!!!   Wędkarz jeszcze długą chwilę stał jak słup soli … my oddalaliśmy się z ulgą i pewnego rodzaju satysfakcją. Według przewodnika harcerska przystań miała być między dwoma mostami – ale widzimy trzy konstrukcje przerzucone przez rzekę i żadnej przystani, więc jesteśmy lekko podnieceni- raz po niedawnym przejściu , dwa – wiadomo, podejście do cumowania przy takim stanie wody zawsze budzi w nas dreszczyk emocji. W końcu decydujemy się na małą zatoczkę za ostrogą za drugim mostem, według opisu ma to być TO – ale żadnej infrastruktury, łąka, wysoka trawa, pokrzywy. Cumujemy jednak (już wprawne rzucenie kotwicy) i po lekkim uprzątnięciu pokładu zamykamy budę i idziemy do miasta poszukać knajpki gdzie można coś zjeść i załatwić inne potrzeby. W końcu (koniec języka za przewodnika) trafiamy do „BISTRO” obok „Inter Marche”. ( podoba nam się bo wszędzie jest blisko, sklepy, restauracja, CPN). W „BISTRO” smaczne jedzonko, piwo chłodne i miła obsługa. Trochę tam siedzimy. Po powrocie na tratwę postanawiamy uzupełnić paliwo, aby w przyszłości nie doświadczyć takiego zaskoczenia. Aby było nam łatwiej wymyśliliśmy, że 20-to litrowy kanister poniesiemy na bambusie jak upolowanego tygrysa. Akurat do mnie zadzwoniła NATALIA, więc STEFAN chwycił za bambus i poszedł przodem, gdyż miał taką potrzebę. Gdy doszedłem do stacji z kanistrem, KAPITANA nigdzie nie widzę, ale dumnie stoi na warcie bambus oparty o ścianę przed wejściem. Domyślam się więc gdzie przebywa, tankuję paliwo i cierpliwie czekam (ruch na stacji dość duży- kolejka). W końcu wraca, reguluje należność i zabieramy się za tygrysa. Interesanci dziwnie nas podglądają.. Pchamy ten bambus na różne sposoby pod rączkę kanistra- niestety, bambus za gruby lub rączka za chuda. Nie da się nabić tygrysa! – trochę wstyd – wycofujemy się jak niepyszni próbując usprawiedliwić obecność tak długiego kija. Trzeba zanieść zdobycz w tradycyjny sposób, za to po drodze mamy knajpkę gdzie z irytacją odbijamy sobie doznane niepowodzenie. (KAPITAN z większą). W końcu wracamy na tratwę i bierzemy się za zaległości – dziennik i obróbkę dzisiejszych fotek. Możemy włączyć agregat- mamy jasno w całej budzie- tym razem  nie mamy odwiedzin – możemy pracować – tylko, tylko, że okropnie chce nam się spać….

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19