Dzień siódmy


NIEDZIELA    25.08.2013 r.       DZIEŃ SIÓDMY  

Start – Radziewice

Wyruszyliśmy skoro świt około 11-ej. po nadaniu imienia naszej tratwie, wykonaniu napisu na czole kanciapy – wreszcie! –  słowo „MYRDYRDA” brzmi poważnie i dostojnie, pasuje do naszej tratwy, a ponadto nie każdy wie o co chodzi. Czynność ta powinna być wykonana przed startem ale sami widzicie – kiedy to mieliśmy zrobić? Także samo jest z oflagowaniem jednostki, na początku wetknęliśmy pasujący do dziury rumpla bambus z flagę przygotowaną przez EWĘ, a na rufie przymocowaliśmy banderę – naszą, żeby nie myśleli, że po Warcie pływają sami sąsiedzi. To nie wszystko, od początku płynęła z nami 'pełna gala’ przygotowana przez wnuczka JASIA, której też nie mieliśmy dotąd okazji wywiesić. Dziś postanowiliśmy to naprawić. Tak też zrobiliśmy, samopoczucie po tym bardzo nam się poprawiło, jakby jakiś ciężar spadł nam z serca i tratwa zaczęła nam się  bardziej podobać.  Start nastąpił bez problemu i gładko. 'Sąsiad’ Jerzy S. z Witkowa przebywający tu na wakacjach /spędza tu na działce okres letni/ czekał cierpliwie na nasz start gdyż zależało mu na tym aby wykonać kilka zdjęć do swojej kolekcji, a przy okazji przekazać je dla nas/podaliśmy swojego maila/. Podróż do Puszczykowa upłynęła przyjemnie i gładko, tylko jeśli słoneczko zaszło za chmurę robiło sie chłodno, gdy wyszło- gorąco. W Puszczykowie przy pomostach spotykamy grupę młodych kajakarzy (tym razem naszych) płynących do Poznania, oni po 15-to minutowej przerwie płyną dalej, my odpoczywając czekamy na odwiedziny STASZKA K. z żoną. Korzystamy z Jego uprzejmości i samochodu, uzupełniamy zapasy. Po herbatce i szeregu wyjaśnieniach udzielanych przewijającym się przez przystań zainteresowanym wyruszamy dalej. Wypływamy i natychmiast wpadamy w środkowy nurt rzeki, nagle przy pięknej słonecznej pogodzie zrywa się gwałtowny podmuch wiatru, który zabiera mi z głowy mój ulubiony biały KAPELUSZ, dzielnie chroniący mnie do tej pory przed zbyt uporczywymi promieniami słońca. Zanim wśród zapasowych pychów dokopałem sie do bosaka, byliśmy już na tyle daleko, że mój ulubiony kapelusz powoli zaczynał pogrążać się w mętnej i wirującej wodzie Warty. Nic na to nie mogłem poradzić, było mi bardzo żal i zastanawiałem się dlaczego akurat wtedy tak mocno powiało, za chwilę wszystko uspokoiło się i nastała cicha stabilna pogoda. Pech…. spotkał mnie na 263 kilometrze… Dalsza podróż do Poznania minęła bez poważniejszych przeszkód, ale już pod koniec zrobiło sie chłodno. Przy trasie coraz więcej wędkarzy i spacerowiczów, wszyscy zaciekawieni i ubawieni zjawiskiem, robią zdjęcia, dzieje się coś. Wszyscy są raczej sympatyczni i zaciekawieni, odczytujemy to po przekazywanych gestach, czasami okrzykach. Cumujemy o zmierzchu w bocznym kanale przy 'Polibudzie’ – tu nocujemy. Kolacja, kawa, komputery – ale  z wykorzystaniem generatora, bo akumulator trzeba już ładować. Późnym wieczorem wizytę na rowerze składa nam kolega STEFANA, JUREK H. -(zatwardziały rowerzysta). Pierwotnie miał stanowić również ZAŁOGĘ ale nieszczęśliwy zbieg okoliczności połamał mu rękę i z płynięcia wyszły nici. Wspomnienia z uczelni pod którą teraz nocujemy i pogaduszki do północy, PIERWSZY PO BOGU ma pretensję, że to jego kolega, a my za wiele gadamy o rowerach (do których On od pewnego czasu stracił zainteresowanie).Późną nocą JUREK odjeżdża, idziemy spać, śnią się nam piękne obrazy z lat gdy byliśmy jeszcze młodzi, a tych dużych ładnych budynków wcale tu nie było, albo dopiero zaczynały powstawać… lata 'BONANZY’ nad Maltą, klubów „AGORA”, „POD STRZECHĄ”, „SĘK” i innych – dawno już przeminęły, tlą się jeszcze jedynie coraz wątlej, jak iskierki, w naszej pamięci… a przecież tu nad Wartą na boisku rozgrywaliśmy piękne mecze międzywydziałowe… inne czasy.

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19