dzień czwarty


CZWARTEK    22.08.2013 r.       DZIEŃ CZWARTY    

Start – Pyzdry

Założeniem było wypłynięcia z 'Mariny Pyzderskiej’ gdy tylko dotrze do nas naładowany akumulator od Macieja /kuzyn Stefana/ i tak też prawie sie stało. Naładowany akumulator dotarł o umówionym czasie, krótkie odwiedziny Macieja z Rodziną zakończyły się pełnym sukcesem z tą uwagą, że poprzednio zainstalowany inwerter  okazał się niesprawny i musieliśmy podłączyć ten co wczoraj zakupiła i dostarczyła Ludwika. Wszystko zadziałało i mogliśmy już wypływać ale akurat zadzwoniła Grażynka G. i poinformowała nas o chęci złożenia wizyty w Marinie. Umawiamy sie na godzinę 11-tą i tak się spotykamy. Na powitanie otrzymujemy słodkie i pożywne prezenty. W trakcie spotkania 'Zygi’ przekazuje nam sporo swoich doświadczeń dotyczących aktualnego tematu – mocowania i zarzucania kotwicy, obsługi silnika zaburtowego „Mercury” – najtrudniejsze są rzeczy oczywiste – przecież gdybyśmy spokojnie o tym pomyśleli doszlibyśmy do tego sami. Ważne że JUŻ TERAZ to wiemy…

Jeszcze krótki wypad na pyzderski rynek po lekkie wodne buty (akurat jest targ- lub jarmark, nawiasem mówiąc polecam klimat tego lokalnego wydarzenia), coś chłodnego do picia i START.

Tym razem – pomni poprzednich doświadczeń – zakładamy kapoki. PŁYNIEMY !!!!!  lecz jest już prawie godzina 13 -ta. Szło nam nieźle( na wiosłach) lecz po jakimś czasie nagłe podmuchy wiatru zaczęły spychać nas na powalone przy brzegu drzewo. Walczyliśmy dzielnie do ostatnich chwil aby ominąć niebezpieczeństwo, a gdy zrozumieliśmy, że jest nieuniknione aby choć trochę zamortyzować zderzenie. Niestety kolizji nie dało się już uniknąć, uderzenie było na tyle silne, że nasz domek zadrżał w posadach, a jedna z gałęzi miała ogromną ochotę zajrzeć do naszej sypialni. Część uderzenia zamortyzowała barierka ochronna. Szczęście, że nie było to stare suche drzewo ze sterczącymi kikutami lecz świeżo podmyte z zielonymi sprężystymi gałęziami… Sam też oberwałem dotkliwie w nogę… I tu znów nowe doświadczenie- bardzo przydałaby się piłka do drewna – niestety mieliśmy tylko do metalu ( ale to i tak szczęście) bo tak zaklinowaliśmy sie w tych gałęziach, że  bez ich pocięcia nie było mowy żeby wyrwać się z objęć tego tonącego drzewa (płynąca woda dociskała nas cały czas do brzegu). Namęczyliśmy się ale jakoś dało radę. Trochę na pych, wiosła i w końcu jesteśmy wolni, PŁYNIEMY !!! Za którymś z zakrętów nagle doganiają nas na szybkich wiosłowych łodziach emeryci – kajakarze z Niemiec, których wcześniej spotkaliśmy w marinie w Pyzdrach. Po sympatycznych pozdrowieniach, wzajemnych fotkach – niestety zostajemy w tyle – ale mamy zaproszenie na sobotę na grilla w AWF-ie na przystani w Poznaniu ( o ile zdążymy dopłynąć). Powoli zbliżamy sie do czeszewskich lasów i teraz zaczyna się już sama przyjemność – wydaje się, że rzeka zwalnia swój nurt, ustaje wiatr- ciepło, słonecznie (tylko, że nas trochę razi, nie mamy okularów – a świeci prosto w oczy) – jednym słowem „Kanada”. Mimo tak miłego, wręcz relaksowego płynięcia o mało co byśmy nadziali się na dwie daleko wysunięte ostrogi (z daleka wyglądały jak łacha piasku więc bardzo się tym nie przejmowaliśmy).  Dogonił nas jeszcze jeden samotny kajakarz z Niemiec płynący w stronę Poznania – wzajemne pozdrowienia i pytanie z Jego strony o możliwość sfotografowania naszej tratwy – nie bardzo mogliśmy pogadać – on nie znał polskiego… a nasz niemiecki był raczej bardzo ubogi – zapomnieliśmy czego nas uczył nasz sympatyczny nauczyciel od  ’niemca’. Schóne, schóne (to chyba piękne? po ichniemu – zrozumieliśmy, że bardzo mu się podoba). Dalej zupełnie relaksowo dopływamy do Czeszewa – ach byłbym zapomniał- po drodze STEFAN zarządził przerwę na posiłek i kilka minut relaksu dla umęczonego kręgosłupa. Tu też mieliśmy okazję wypróbować nowy, prawidłowy sposób zarzucania dobrze zamocowanej kotwicy.

Cumujemy za promem w Czeszewie, sam manewr wykonujemy na silniku i teraz uświadamiamy sobie po raz kolejny jaką siłę ma ta „leniwa” rzeka. Nasz silniczek ma „co robić” aby podpłynąć pod prąd do upatrzonego przy brzegu pomostu, choć to tylko właściwie kawałeczek. Ale udało sie ładnie. Jakoś intuicyjnie wyczuwam jak do tego podejść. Cumujemy i bierzemy się za przyrządzanie posiłku.               ( oczywiście ze szkiełka). Jemy, sprzątamy i dalej bierzemy się za sprawy administracyjne. Stajemy się leniwi, chce nam się spać- STEFAN walczy jeszcze z telefonem i komputerem – efekt utopionej wcześniej komórki w czasie wyciągania tratwy z jeziora testowego w Słupcy…

Jutro nie będzie odwiedzin, mamy szansę wyruszyć trochę wcześniej ??? -Zobaczymy ?  Na noc do pomostu cumujemy z potrójnym zabezpieczeniem, nie byłoby fajnie gdybyśmy obudzili się gdzieś w krzakach lub na kamieniach na którejś z ostróg rzeki…

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19