dzień drugi

Myrdyrda w Ciążeniu

WTOREK      20.08.2013 r.       DZIEŃ DRUGI    

Start – Ciążeń

Po średnio przespanej nocy na cumowisku za promem zabraliśmy się do dalszych prac „bosmańskich”. Poukładałem pakiet swoich rzeczy, po czym dzwoniłem do żony aby zamówić  następne.  Powoli zaczynało brakować miejsca w schowkach naszej kanciapy, a dostawa nowych akcesoriów, które przywiozła Ludwika z Grażyną zupełnie Stefana załamała. Ja jednak wiem, że to wszystko się przyda- (no może prawie wszystko). Tak czy inaczej dało się to jakoś poukładać, choć z zakłopotaniem spoglądaliśmy jak nasze pływaki powoli pogrążają się w mętnej wodzie Warty. Wczoraj postanowiliśmy, że wypływamy dopiero dziś z „rana” więc większość dnia mamy na uzupełnienie wszelkich przeoczonych w pośpiechu spraw. 

Odwiedziny Pawła

Pierwszym gościem na tratwie (jeszcze w trakcie prac bosmańskich) był p. KLIBER – Senior, właściciel tratwy pływającej po Jeziorze Budzisławskim. Miłą pogawędkę spędziliśmy przy kawie i domowym placku, który otrzymaliśmy w darze od Grażynki na dobry początek rejsu. Żony natomiast żegnały nas czule roniąc łzy razem z zaczynającym płakać niebem. ( Nie byliśmy przekonani czy aby w duchu  nie myślały sobie oby ta podróż nie trwała zbyt krótko, by miały czas od nas odpocząć?)…

START był bardzo udany, bez przeszkód udało się nam odcumować i zaraz wpadliśmy w wartkie objęcia nurtu naszej kochanej rzeki Warty, kłopoty zaczęły prawie natychmiast. Jeszcze nie zniknęły sylwetki czule żegnających nas kobiet a my już byliśmy w tarapatach. Okazało się bowiem, że nasz piękny parasol nie tylko służy do ochrony przed natarczywym słońcem, czy naprzykrzającym się deszczem ale i jako bardzo niesterowany żagiel, wpadliśmy na to dopiero po kilku odbiciach od brzegu i „kręciołkach” w nurcie rzeki. Kilometrowe wskaźniki ukazywały się z rzadka a deszcz lał się nam za kołnierze, no może nie było tak fajnie jak z początku się spodziewaliśmy…

Telefony tym razem wcale nas nie cieszyły. Poczucie obowiązku nakazywało ich odbieranie, ale powodowało to natychmiastową kolizję z naszymi interesami flisackimi gdyż nie da się wiosłować jedną ręką – a rzeka nie chciała poczekać… Stefan o zapaleniu papierosa nawet nie miał odwagi pomyśleć. Już po pięciu kilometrach odmierzonych nadbrzeżnymi tablicami zastanawialiśmy się co za 'Licho ’ podkusiło nas na tak 'rozkoszną’ wycieczkę? Na dwa kilometry przed planowaną metą oświecił nas ’Anioł’ i rzekł włączcie SILNIK ! TAK ! ale wcześniej o czym zapomniałem wspomnieć – a może wolałbym to przemilczeć- mieliśmy przymusowy postój techniczny na KOTWICY zarzuconej w przybrzeżnych trzcinach. Należało odpiąć stery, które niestety nie zdały egzaminu ( a raczej z całą pewnością przeszkadzały w naszych usilnych manewrach utrzymywania się w osi nurtu koryta rzeki). Dość długo docierała ta smutna prawda do głównego konstruktora i armatora jednostki,  bronił się przed jej przyjęciem ze wszystkich sił swoich, lecz PRAWDA była silniejsza i jak zwykle zwyciężyła (choć mogła wcześniej). Następnym krokiem było zamontowanie przedłużacza sterowania silnikiem – nie było to rozwiązanie doskonałe, ale dawało szansę na wykorzystanie tak potężnego wsparcia dla naszych wątłych już sił w dalszym sterowaniu jednostką.  Wszystko byłoby OK! gdyby nie to, że każdy ruch drążkiem powodował zmianę obrotów silnika (zmieniało się położenie manetki) co cholernie wkurzało i utrudniało prowadzenie tratwy.(Tu kłania się brak zapoznania się z obsługą silnika, nawet fakt, że otrzymaliśmy go w ostatniej chwili nas nie usprawiedliwia- ale też nikt z nas nie sądził, że tak szybko będziemy zmuszeni do skorzystania z tego dobrodziejstwa techniki, przypuszczaliśmy, że będzie dość czasu aby dokonać odpowiednich testów i ćwiczeń… .)

Kilka słów należy powiedzieć odnośnie samego manewru CUMOWANIA, bo jak wiadomo „sztuką jest wystartować, ale jeszcze większą bezpiecznie wylądować”. No cóż zarzucanie kotwicy nie jest rzeczą tak prozaiczną jakby sie to wydawało, tu również niezbędna jest jakaś wiedza i doświadczenie, nie wystarczą opisy z przygodowych książek o piratach. Obyło się to tak:   STEFAN z dużym zamachem wyrzuca zablokowaną kotwicę z pokładu tratwy na brzeg, niestety w tym miejscu bardzo mulisty, tratwa z łatwością ciągnie ją po burcie brzegu, wytracamy jedynie trochę prędkości (swoją drogą czynimy dziwne spostrzeżenie, że niby leniwa rzeka, a nie rwący potok, a wcale nie tak ławo się zatrzymać i to wprowadza nas w pewnego rodzaju zakłopotanie). Wyciągamy kotwicę, powtarzamy czynności – tym razem KAPITAN bierze soczysty zamach z okrzykiem i wyrzuca kotwicę dużo dalej, tzn. głębiej w głąb lądu. Oznacza to, że kotwica ląduje głęboko w wysokich splątanych trzcinach – za chwilę następuje lekkie szarpnięcie i woda wokół nas zaczyna płynąć szybciej. STOIMY ! Po wykonaniu wyżej opisanych czynności sterowo-silnikowych postanowiliśmy popłynąć dalej. Niestety, Stefan nie może dać rady z wyciągnięciem kotwicy, wzywa na pomoc resztę ZAŁOGI – wspólne wysiłki również nie dają pożądanego rezultatu – zbliżamy sie jedynie do mulistego brzegu i zapieramy pływakami o bagnisty brzeg (dlaczego akurat w tym fatalnym miejscu rzucał tą kotwicę?). Uciąć linę – szkoda kotwicy, nowa, poza tym może być jeszcze potrzebna, przecież to dopiero początek rejsu- trzeba ją jakoś wyciągnąć. Krótka narada i zapadają decyzję. KAPITAN – jak przystało, pozostaje na jednostce ZAŁOGA schodzi na ląd. Z uwagi na rodzaj podłoża i trzciny jedynie w klapkach przeznaczonych do chodzenia w wodzie. Byliśmy przezorni- mieliśmy drugą kotwicę – którą lekko zakotwiliśmy z drugiego końca tratwy aby choć przez chwilę utrzymała tratwę gdy będę wracał. ZAŁOGA nie chciała pozostać wyokrętowana w tak nieprzyzwoity sposób, a KAPITAN nie miał życzenia udawać się w dalszy rejs samotnie (sądzę że nawet byłby z tego faktu bardzo niekontent). Po wielu kłopotach przedarłem się w końcu do miejsca leżakowania kotwicy i z wielkim trudem udało mi się wyplątać ją ze zbitych i poskręcanych trzcin i korzeni. Zakładany szybki powrót nie okazał się tak fortunny jak planowano, w pośpiechu wpadłem głęboko nogą w bagniste dno ( nie przedzierałem się głębiej przez trzciny a bliżej brzegu) i tam pozostał mój ulubiony bucik. Zwolnioną z kotwicy tratwę zaczynała zabierać woda. Wracać bez bucika- NIGDY- zanurkowałem wolną ręką (w drugiej miałem bambusowy pych) w błoto i za trzecim razem znalazłem zgubę. Widzę, że tratwa obróciła się już prawie o 360 stopni i zaczyna wyrywać drugą kotwicę, KAPITAN jest trochę zdenerwowany i mobilizuje mnie do większego wysiłku – staram się – wchodzę na tratwę w ostatniej chwili – już właściwie „w biegu”. Uff! – Tym razem udało się – nie muszę gonić traty. KAPITAN ma towarzystwo. Ostatecznie udało się nam dotrzeć krótko przed zmrokiem do „Mariny” w Pyzdrach – do której, o dziwo wpłynęliśmy po mistrzowsku- (był jednak spory stres, gdyż obserwowano nas z obu brzegów, a zbytniego doświadczenia jeszcze nie mieliśmy – bo skąd?). Jednak dobrze zagraliśmy swoje role, bo prócz drobnego potknięcia o leżący na pokładzie bambusowy pych dobiliśmy do pomostu „na jajeczko”. Teraz mogliśmy odetchnąć- teoretycznie – bo nastąpił dalszy ciąg prac bosmańskich – tym razem w zakresie 'elektryki’ i udrożnienia dostępu do internetu. W końcu udało się, choć realizowano kilka wariantów (wiadomo, że w takich przypadkach decydują szczegóły, np. rodzaj wtyczki, brak przejściówki, rozładowany akumulator itp.) Pierwsze zdjęcia zostały wysłane, towarzysząca nam odtąd strona internetowa została otwarta po raz pierwszy. Podoba się ? –  ważne że jest – będziemy do niej dodawać kolejne zdjęcia i 'przygody’. Na dziś to już chyba wszystko co ważne.                           

PS. Info dla żon.                 Kotlety były bardzo smaczne i bardzo nas dzisiaj wspomogły (nie było głowy do gotowania). Teraz jest już głęboka noc – po 1-szej. KAPITAN dowitaminozował się moim prezentem, który otrzymałem od niego wczoraj z okazji urodzin, chwycił za gitarę. Kryzys nam przeszedł – 'STOCK’ to jednak dobra rzecz. Teraz posłucham porządnej turystycznej melodii w rodzimym wydaniu – ale już na koi….

POZDRAWIAMY z naszego krążownika ! AHOJ !!!!!

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4
  5. 5
  6. 6
  7. 7
  8. 8
  9. 9
  10. 10
  11. 11
  12. 12
  13. 13
  14. 14
  15. 15
  16. 16
  17. 17
  18. 18
  19. 19