Wtorek 11.06.
Poranna wycieczka (około 6.00) kończy się odkryciem, że w Żółwiowym obozowisku w namiocie jest tylko jedna sztuka śpiwora, połamane krzesełko i rozrzucone skarpetki i inne odzienie… Trochę mnie zmroziło pamiętając możliwości przemieszczania Stefana… Zguba odnajduje się w czeluściach Andrzeja samochodu.. Ufff !!! Spokojny rozruch na tratwie…. 8.00 oficjalna odprawa – Arek.
Wychodzimy na wodę, wieje, zawija tratwę, przegradzamy rzekę. Jebbb!!! Budy jakimś cudem nie zmieniają swojego położenia. Szok mija, wszystko się prostuje, tafle tylko trochę zwichrowane…. Józek z Andrzejem na horyzoncie na swoim rekinie…
11.25 mijamy Kaczawę (dopływ)
Staś i Wojtek aktywni jak zawsze od początku flisu…przed Ścinawą mamy czekać do 16.00 aby wpłynąć odpowiednio na ich imprezę – Dzień Dziecka. Stawiamy colowe śryki, niestety kamienie, łamią się dwa i wałek, Lekkie poruszenie, Edyta i Kamil zszokowani… Wojtuś i Stasio wszystko obserwują z budy colowej. Wpływamy do Ścinawy. Nowa śliczna marina, nie poznaję tego miejsca od czasu gdy wodowaliśmy tutaj swoją „Gielejzę” przy pomocy Arka wyciągarki…
Niestety są drobne mankamenty (pomińmy je milczeniem). Powitanie. Nasze pięć minut, kolejne koszulki, kubeczki… poczęstunek – standard. Wieczorem kończą się odwiedziny Żółwia i Szuszfola. Kamil jak na Titanicu gra do końca .

