ETAP 4
Przyszedł sierpień.
Andrzej gdzieś się wyśpiewywał, ja pracowałem. Zmieniłem pompę do fekaliów na 12 v, dobudowałem zwodzony bagażnik na rufie, co okazało się niezłym pomysłem i jakieś inne udogodnienia. Wymieniłem też śrubę na uciągową, co było też dobrym pomysłem, bo zwiększyliśmy sobie ciąg wsteczny. Sezon w pełni, choć wody brak, ale jest Festiwal Wisły, a tam pełno znajomych,
Zwodowaliśmy się na dolnej marinie we Włocławku . Znów te zabawy z rozkręcaniem obudowy silnika, podłączaniem… Wypływamy. Wody w Wiśle faktycznie mało. Trzeba patrzeć jak się woda układa, by się nie zakopać w piachu. Festiwal dopadamy w Toruniu chyba jesteśmy mile widziani, przynajmniej przez starych znajomych.


Oczywiście musi być też wizyta szwagra, który staje się stałym elementem przepływu przez Toruń.
Następnym etapem był Solec Kujawski. Popłynęliśmy osobno, i tam nas festiwal dogonił, dalej znów osobno aż do Fordonu. Znów spotkania i rozmowy… Pasja, Dola, Koronna, Noe… Spotkaliśmy się jeszcze w Grudziądzu, gdzie Festiwal miał koniec. Pamiętam wystrzeliwane nad naszymi głowami fajerwerki wzbudzając strach przed zachwytem.

Wojtek, kiedyś współtowarzysz wspólnych wypraw, odpłynął z Mietkiem Pasją w górę rzeki, ja z Żółwiem postanowiliśmy płynąć dalej. W 2022 wypływając z Mielnika na Bugu, zabrakło czasu, by zwiedzić Gdańsk z wody .Tym razem postanowiliśmy zaliczyć Gdańsk, a jeśli pozwalałyby warunki brzegiem morza przez śluzę wpłynąć na zalew i Nogatem powrócić na Wisłę, znaleźć slip i zjechać do domu. Już od Gniewu rozglądaliśmy się za slipem, ale jedynie prze Tczewem na prawym brzegu wypatrzyliśmy coś sensownego. Woda cały czas opadała i nawet za mostem w Tczewie trzeba było płynąć na znaki, by nie wylądować w piachu. Za Kieżmarkiem minęliśmy odejście na Szkarpawę, ale do śluzy w Przegalinie, która jest bramą na Gdańsk dopłynąć się nie udało. Zapadł zmierzch, więc documowaliśmy do lewego brzegu, mając śluzę w zasięgu oczu. Silnik jakby nas polubił, bo zachowywał się bezawaryjnie i odpalał na dotyk. Z nadzieją na zwiedzanie Gdańska zasnęliśmy.
Z rana zmieniła się pogoda. Zaczęło się deszczem, później przyszedł wzmagający się wiatr i fala od morza . Zaczęło nami chybotać i Andrzej zdecydował się zrobić dodatkowe zabezpieczenia cum, bo wyrywało nam kręciołka. Wiatr był północno-wschodni, więc dociskało nas do brzegu, a właściwie wpychało na brzeg, ale fale coraz większe mojtały nami nieźle. Rzut beretem do zatoczki przed Przegaliną, gdzie spokojniej, ale strach płynąć. Andrzej początkowo nalegał, ale nie dałem się przekonać…
-A jak nam silnik zgaśnie ?
– Może po południu ustanie?
W końcu odpuścił. Postanowiliśmy przeczekać. Wiatr nie odpuścił. Zrobiła się „cofka” i fale na 1 m.
Zrezygnowaliśmy z Gdańska, bo pogoda nie zapowiadała zmian, ale warto się gdzieś schronić. Postanowiliśmy na nocleg wejść w zatoczkę przed Przegaliną. Przynajmniej fali nie będzie. Wybraliśmy cumy. Na wstecznym, nie udało się wyjść na rzekę, mimo pomocy pychem. Nasza buda to ponad 8m2 żagla , którego nie da się zrefować, więc dociskało do brzegu. Pychami na dziobie, też taki sam efekt. Następny manewr, to skręcony na max silnik + pychy i wykonanie skrętu pod wiatr na rzekę, bo resztę zrobi fala i wiaterek. Kopnięcie silnika pomogło, bo tratwa odchyliła się na tyle ,że złapała wiatr z drugiej strony, niestety rufa cały czas dopychana do brzegu, a tam kamienie. Tratwa zrobiła obrót ustawiając się w gorę rzeki i pchana w tamtym kierunku , ale też na brzeg. Silnik wyje, ale reakcji żadnej. Uwiesiło się coś, czy jak?. Chwytamy się trzcin. Sprawdzam śrubę, ale tej nie ma. Straciła wszystkie swoje 4 łopatki w momencie obrotu.

Dobrze, że mieliśmy zapasową, wcześniejszą śrubę, dobrze, że mieliśmy domontowany bagażnik na rufie, który ją przedłużał, bo umożliwiało nam wymianę śruby na wodzie. Trochę trwało, gdy się z tym uporaliśmy, dalej wystarczyło wykorzystać fale, wiatr i silnik. Jeszcze gdy znaleźliśmy się na środku rzeki spróbowaliśmy manewr pod prąd, ale szybkośmy zrezygnowali. I tak od tyłu fala próbowała nas zalać. Nie pamiętam czy nocowaliśmy przed służą , czy za, ale już w spokojnym miejscu. To był ostatni dramatyczny moment tego roku. Dalej już było spokojne płynięcie z podziwianiem Szkarpawy z jej zwodzonymi i obrotowymi mostami. Przed Rybiną zmieniła się pogoda . Słońce i ucichł wiatr, więc skręciliśmy w Wisłę Królewiecką i wypłynęliśmy na zalew. Flauta. Płasko i zachęcająco, ale bez ochoty na oglądanie najnowszej śluzy.

…wypłynąwszy na szerokie wody oceanu… dla nas faktycznie zalew jak ocean. Nie wiesz nawet czy płyniesz, czy stoisz w miejscu, tak wolno zmienia się krajobraz. Pomogła lornetka i mapa z gps. Po tym zalewie nie da się iść „na skróty”. Pełno sieci, które trzeba ominąć, bo zapasowej śruby już nie mamy. Trochę po mapie Google, trochę po kursie żaglówki orientowaliśmy się, gdzie jest wejście w Nogat, no i po jednej charakterystycznej boi, widocznej przez lornetkę. Daleko jeszcze do ujścia Nogatu, jak wiatr znów zaczął się pojawiać. Na szczęcie nie zdążył się rozdmuchać, ale obawy były. Cały czas mamy w pamięci zalew Szczeciński z któregoś roku (wtedy na Szuszfolu). Nogat nie ma uroku Warty, Bugu, czy środkowej Wisły. Jest inny … i ta inność rzek jest piękna. Największe zainteresowanie wzbudzaliśmy w Malborku, Gdy łódki z Banderą państwa krzyżackiego zmieniały kurs, by się nam przyjrzeć. (komuś przyczepa wpadła do wody ?) Po drodze było kilka świetnych miejsc do slipowania, ale dopłynęliśmy do Białej Góry, bo tam krok od Wisły marina z bardzo łagodnym wyjściem na ląd. Przewoźnik nie miał problemów, bo zlikwidowaliśmy kółko manewrowe, które bardziej hamowało niż pomagało na doczepiany wózek 2-kołowy skonstruowany specjalnie do tego celu. Kilka godzin jazdy i byliśmy w domu. Test tratwy wypadł pomyślnie, więc możemy ruszać na obce rzeki.