ETAP 3

Gdzieś w połowie lipca  Andrzej powiedział, że on ma dobry dojazd pociągiem. Zgłosił się Marian, że popłynąłby z nami, więc jadąc do Santoka wpadł po mnie i silnik.  Zanim przyjedzie Żółw montujemy z Marianem silnik. Z zapałem neofity Marian niesie silnik posługując się sentencją ”mierz siły na zamiary, nie zamiary według sił ” i upuszcza go na slipie. Pęka kapa mojego nowego pięcioletnio gwarancyjnego silnika zmieniając jego niepowtarzalna urodę. Na szczęście to jedyna strata , bo reszta nie ulega uszkodzeniu. Znów gubią się śrubki przy montażu, ale mamy podstawiona wanienkę. Zwiedzamy z Marianem okoliczne knajpki w celach konsumpcyjnych. 

Mówię Marianowi: – Jak Cię znam, długo z nami nie wytrzymasz. Może lepiej przestawić samochód gdzieś w dalsze miejsce. Będziesz miał zawsze bliżej do samochodu. Marian odstawia samochód do Krzyża, by wrócić na tratwę razem z przyjeżdżającym Żółwiem. Coś znów wyszło nie tak, bo zjeżdżają się osobno.

Załoga w końcu zebrana
Żółw też już dojechał…

Załoga w końcu zebrana. Silnik odpala „od ręki”. Można płynąć. Prąd w Noteci wartki, bo niski na Warcie, więc spadek większy, ale silnik daje rade bez problemu … no i zużycie paliwa zupełnie inne. Na 207 km dzwonimy do starego przyjaciela „Jurko” . Jedziemy na obiadek przygotowany przez Tereskę. Miłe rozmowy i smaczny obiad.  Wracamy na tratwę.  Płyniemy podziwiając przyrodę. Pełna sielanka trwa do Drezdenka. Cóż szczęście nigdy nie trwa wiecznie.
Od wypłynięcia nie sprawdzaliśmy paliwa, a prąd przeciwny wartki.  Na rufie mieliśmy trzy białe jednakowe zbiorniki. Dwa napełnione woda , by służyły za balast, gdy wszyscy siedzimy na dziobie i jeden z paliwem. Mieliśmy też specjalną pompkę  do paliwa na 12 v. Nie mogłem patrzeć, jak Andrzej zaciąga wężykiem ustami, bo i napić się etyliny przy takiej okazji można. Była skuteczna , bo działała szybko. Silnik stanął, więc prąd pcha nas z powrotem przez Drezdenko. Ostróg nie ma, wiec nie ma zatoczek z prądem wstecznym i walimy do tyłu głównym nurtem. 

-Paliwo dolej – krzyczę do Żółwia, który tak sprawnie jak potrafi uzupełnia mi full zbiornik. 

Możesz odpalać – krzyczy.  

Odpalam, robie 2 m do przodu i gaśnie, a dalsze próby odpalania spełzają na niczym. Rzeka pcha nas do Santoka, rzucamy kotwiczkę, która nie ma się czego zaczepić. Poniżej Drezdenka udaje się nam chwycić jakiś trzcin, ale prąd rwie i trzeba się mocno trzymać tych traw. Na szczęście jakaś łódka z młodymi ludźmi płynie w górę (chyba pierwsza jaka spotkaliśmy na trasie). Wołamy i przypływają. – dociągnijcie nas do jakiejś płycizny – prosimy. Biorą nas na hol i zaciągają do portu za Drezdenkiem. Sprawdzamy silnik. Jeden z chłopaków jest mechanikiem i z chęcią uczestniczy w oglądzie . – Tu się wszystko pieni, macie wodę w przewodach. Żółw obwąchał zbiornik.  Paliwo było w drugim zbiorniku, on nalał wody. Trzeba przyznać że młodzi byli bardzo zdeterminowani nam pomóc. Rozkręcili, przedmuchiwali… itd., ale niewiele to dało . po 2 godzinach byliśmy zrezygnowani.

Jest problem, bo do Krzyża jeszcze mamy kawałek drogi, żeby przejść śluzę. Za śluzą pewnie ten drugi silnik by już dał radę sobie płynąć, ale do śluzy jakoś trzeba dopłynąć. Nie damy rady.

W Krzyżu mamy samochód Mariana, W Nakle kuzynów którym w zeszłym roku zostawiłem 15 KM chińczyka lekko zatartego. Chodził, ale  żarł olej . Jedyna rada , by kontynuować,  wymienić Suzuki na chińczyka i dalej płynąć.

 -Możemy zabrać kogoś z nami – mówią nasi wybawcy  -bo my do Czarnkowa  jedziemy samochodem teraz. No i zabrali Mariana.

Marian wrócił samochodem, załadowaliśmy silnik, z Marianem pojechałem, no to jest 150 km chyba, do Nakła, do tych moich kuzynów. Mówię, słuchajcie, tu mam silnik, , bo kumpel lał wodę zamiast paliwa i sprzęt przestał chodzić więc dajcie może tego starego chińczyka. Będę lał ten olej, ale popłynę przynajmniej. 

-poczekaj,    to może zrobimy ten, nie? Wzięli i zrobili.

W ciągu, nie wiem, godziny, dwu… szybko im to poszło. Przepłukali, przedmuchali i tak dalej. 

-ale wiesz ze straciłeś  gwarancję  ? , Bo nie mieliśmy uszczelek  oryginalnych. Musieliśmy to zrobić inaczej, na nasze uszczelki. Tak, że gwarancja już na ten silnik, tej pięcioletniej mieć nie będziesz, ale przeglądy możesz mieć u nas i to darmowe.

Obliczyłem sobie ze rocznie pływam 200 Mh w ciągu 5 lat to 750 zł x 10 =7500  , a to 2/3 wartości nowego silnika. 

Ja mówię:  -No to chyba się raczej ucieszę, bo za ostatnią przegląd gwarancyjny zapłaciłem 750 zł, a oni wymienili mi tylko olej za 20 zł. nie?, to jak ja mam tak co 100 motogodzin, a już mi właściwie wychodziło te następne 80 motogodzin, po których miałem jechać z tym silnikiem znowu, żeby zapłacić im 750, no w sumie tak sobie myślę, przez pięć lat, jak nie będę im płacił tyle, to może lepiej zrezygnować z tej gwarancji  i przyjeżdżać na gwarancję do was, na przeglądy, które mi robicie za darmo. 

 Przy okazji naprawili kapę. Nie wyglądała już jak nowa, ale trzymała się kupy.

Z tym silnikiem wróciliśmy jeszcze za dnia, zamontowaliśmy silnik, wszystko  odpalało, mogliśmy płynąć dalej. Marian oczywiście nam uciekł do domu, bo już miał dosyć przygód, a my z Żółwiem popłynęliśmy dalej. Po przekroczeniu śluzy właściwie, jak dopływ Drwęcy minęliśmy, to ten prąd na Noteci zupełnie się zmienił,  Rzeka zrobiła się leniwa. 

 Nocleg wypadł nam w Czarnkowie w Marinie. Nareszcie zadziałało nam WC , bo na naszym prądzie z akumulatora nie chciało.

Zaczęło się niby lepiej. Silnik odpalał bezproblemowo, za każdym razem  na dotknięcie. Można było sobie płynąć, nic się nie działo , dopóki nie dopłynęliśmy do Ujścia bo za Ujściem znowu zaczęło się …czerwona lampka i piszczenie jakieś. Silnik odpalał bezproblemowo ale po czasie, zwalniał obroty a po dłuższym gasł.

Czemu się te lampki znowu palą? 

Okazało się, że jak przeczyścimy śrubę, bo się zaczęły te chwasty w wodzie, to wszystko zaczyna być znowu normalnie. Tak było na odcinku od Ujścia do Białośliwia

Od czasu do do czasu trzeba było po prostu czyścić śrubę i płynąć dalej. Tak się uczyliśmy  nowego silnika. 

Byłem zaproszony na urodzinowe spotkanie u mójej kuzynki w Nakle.  Moja kuzynka to matka moich kuzynów od silnika. Tu należy się małe wyjaśnienie jak kuzynka może być matką kuzynów.

Otóż mój pradziadek spłodziwszy wcześniej m.in. mego dziadka postanowił ożenić się powtórnie, w czasie gdy mój dziadek również  wstąpił w związek. Obydwaj mieszkali przy Warszawskiej. Dwa domy, jedno podwórko … no i się zaczęło. Ojciec spłodził Leokadię  (1902), syn Stasia  (1902) i dołożył Gienię (1903).Na reakcję ojca  Anną (1904) syn zareagował już w tym samym roku Bronkiem.(1904).Przerwa była krótka bo u ojca pojawił się Narcyz (1906). Syn odpowiedział  Janką (1907), Tadeuszem (1909)  a jeszcze dorzucił  Hankę (1911), więc ojciec odpowiedział  Stachą (1912). W zasadzie na podwórku miejsca do zabawy już nie było, ale przydarzył się jeszcze ojcu Oleś (1914), a u syna Czesiu (1918) i Jasiu (1920)   Efekt taki, że dzisiaj nikt nie wie kto jest czyim stryjem, kto kuzynem. Ja znalazłem się wiekiem  bliżej kuzynki –matki, choć formalnie kuzynami są jej synowie. W rodzinie poza mną nikt się w tych zawiłościach nie orientuje.

Akcja z paliwem opóźniła mnie o 1 dzień i nie byłem w stanie dopłynąć na imprezę. Parę telefonów i inna z kuzynek (stryjenka młodsza o 11 lat) jadąc ze Słupcy zgarnie mnie z mostu w Białośliwiu, a Żółw dopłynie do Nakła, gdzie wieczorem dołączę.

Osobiście  włączyłem silnik. 

– Płyń . Spotkamy się wieczorem w Nakle.

On wsiadł za ster, ja do samochodu. Impreza miła rodzinna atmosfera, ale ja sprawdzam gdzie tratwa, bo mam na niej zamontowanego GPS. Tratwa za śluzą w Krostkowie. Za jakiś czas… niewielka zmiana i do Nakła ma daleko. Dzwonię. 

-Silnik na początku pochodził i zgasł. Nie daje się uruchomić. Płynę na pychu. Zachodni wiatr pomaga, a prąd przeszkadza. Wiesz jak to jest na jednym pychu, … kręcę się w kółko , jedynie ten wiatr, który sprzyja. Może dobiję do następnego mostu  w Osieku

Impreza się kończy, Andrzej daje znać, że udało mu się do mostu dojść. Chłopacy odwożą mnie do Tratwy. Może coś poradzą z silnikiem. Nie jest źle , bo jest lądowe zaplecze, ale silnik przecież nówka, wiec skąd te problemy ?

Krzycho i Wojtek wpadają na tratwę , oglądają, sprawdzają.

– Paliwo nie dochodzi. Silnik sprawny.

Andrzej dolewając paliwa, pozostawił baniak na przewodzie paliwowym. Silnik nie miał prawa chodzić.  Chłopacy przestawili baniak obok i problem się skończył.

Pożegnawszy się z kuzynami popłynęliśmy dalej na nocleg. To była ostatnia przygoda z silnikiem. Wystarczyło pilnować paliwa i czyścic śrubę gdy załapała zarośle . 

 Wspomnianych kuzynów spotkaliśmy w Nakle następnego dnia. Przyjechali testować ponton i silnik, a przy okazji pomogli nam z dowozem paliwa. Zauważyliśmy w marinie stojąca NOE Jarka.

Popłynęliśmy dalej najbardziej nudnym odcinkiem  w Polsce, czyli Kanałem Bydgoskim by udać się na południe Górnonoteckim. Dalej już odbywało się, bez specjalnych przygód. Normalne pływanie z podziwianie przyrody. Stare śluzy, gdzie nas rozpoznawają mimo zmienianych jednostek pływających. Lubie ten odcinek, bo nie ma na nim ruchu . Bywają czasem 3 łódki w tygodniu, a czasem nie. Po wpłynięciu na Gopło zyskaliśmy tymczasową załogę.

Stasiu ze znajomymi na pokładzie

Stasiu Kubasik ze znajomymi. Dziewczyny usiadły za ster, faceci w kabinie zajęci konsumpcją.  Wizyta była jednodniowa, ale zapasów konsumpcyjnych starczyło do samej mety. Już na kanale ślesińskim nas ostrzegano, że na Warcie 7 cm, i nie damy rady. Odpowiadaliśmy, że mamy koła i co nie przepłyniemy, to przejedziemy. Na śluzie w Morzysławiu  oczywiście znów nas rozpoznano i z powątpiewaniem patrzyli czy uda nam się dostać w nurt Warty. Faktycznie, za śluza wody  co na lekarstwo, ale zwalniając hamulec przyczepy i podnosząc obroty silnika , może nie przepłynęliśmy, ale przejechaliśmy po dnie wchodząc w nurt. Na następnej mieliźnie zrobiliśmy ten sam manewr i znów przeszliśmy. Dwie następne, to było zakopanie się w piaseczku. Trzeba było zejść, wycofać i poszukać wody. Wniosek był taki , że koła pomagają , ale nie zawsze.  Do mariny w Lądzie wpłynąć się nie udało, bo w wejściu było zaledwie 10 cm. Nocowaliśmy przy pomoście na zewnątrz. Dalej już bez przeszkód dopłynęliśmy do Pyzdr. Telefon do sąsiada. Przyjechał, wyciągnął  z trudem, bo kolo manewrowe ustawiało się w poprzek i pod kątem , aż się w końcu zgięło i jeszcze okazało się, że jedno koło jest flakiem. Andrzej stawiał na rybę-piłę, która musiała nas dopaść gdzieś na trasie, ja na rybę-młot, bo zauważyłem wgniecenie na feldze.

Konieczna była podróż po sprężarkę do Słupcy, by napompować koło , ale jeszcze tego samego dnia „Redycha”  znalazła się w macierzystej stoczni. Etap Pęta Wielkopolska został zakończony.

  1. 1
  2. 2
  3. 3
  4. 4