Autor: Stefan Rdesiński ze Słupcy( Redycha, Szwejk, Szuszfol, EU-geniusz)
Uczestnicy: Stefan i Andrzej Marciniak z Wielunia (Żółw)


Etap 1
Nie zachowały się żadne zdjęcia z komórki, bo w międzyczasie zmieniłem na I-fona. Okazało się, że nic się nie przegrało na chmurę, więc prawdopodobnie wraz z aparatem zlikwidowałem zdjęcia, których niewiele, ale jakieś tam robiłem komórką, bo w aparacie nic nie znalazłem. Zachowało się tylko to, co jest na Facebooku, więc to jest dostępne ogólnie z Facebooka.
Parę rzeczy tam już też zginęło, bo jakieś tam relacje na żywo tam robiłem. Widzę, że ich nie ma, więc prawdopodobnie to jest jakiś czasookres, kiedy to się tam pojawia, a potem znika.
W każdym razie nowy sezon zaczęliśmy z nową tratwą i nowym silnikiem.Silka jeszcze nieużywany. Tratwa też nowa. Sąsiad podhaczył, pojechaliśmy wyslipować w Pyzdrach. Postanowiliśmy, że zaczniemy najpierw od Warty, żeby po prostu przetestować tratwę i silnik. Na razie mięliśmy jakiś tydzień z okładem w dyspozycji, bo Andrzej miał potem jakieś śpiewania , ja miałem spotkanie w Zatomiu starych almaturowców, na które chciałem dopłynąć.

Ogólnie plan był, by dopłynąć do Santoka, zrobić przerwę, przerzucić się do Czech na Łabę i dopłynąć do Odry, by spotkać się z Flisem Odrzańskimi by dalej z nimi popłynąć. Na slipie było całkiem fajne, tylko że jak tratwa znalazła się we wodzie już, czyli nad brzegiem, okazało się, że nie można było jej wyhaczyć. Obciążenie było takie na haku, że hak się nie chciał wykleszczyć. Nic nie pomagało. Trzeba było niestety hak rozkręcać i dopiero po rozkręceniu haka mogliśmy zwodować tratwę. To był taki pierwszy zgrzyt właściwie w tym wszystkim.
No ale tratwa zwodowana. Trzeba było zamontować silnik. Oczywiście we dwójkę, bo silnik 50 kilo, więc żaden z nas ani Żółw, czyli Andrzej, ani ja pojedynczo byśmy nie dali rady, ale we dwójkę jakoś tam udało się powiesić na pantografie.
Dla własnej wygody kupiłem silnik z manetką na rozrusznik, więc trzeba było, całe sterowanie z manetki podłączyć. Żeby podłączyć to trzeba zdjąć kapę, rozkręcić całą obudowę żeby podłączyć cięgnia od manetki, przewody sterujące i zasilanie z akumulatora. Trochę to jest uciążliwe, zwłaszcza jak się stoi w wodzie powyżej kolan. Przy okazji śrubki wpadają w wodę. Śrubki nierdzewne, więc magnesem nie wyłowisz, trzeba w błocie grzebać, więc od razu myśl taka, że trzeba się zaopatrzyć w zapas śrubek i jakąś wanienkę.

Oczywiście takie rzeczy od razu zaczęliśmy sobie spisywali na przyszłość. Zamontowany silnik, w końcu. Długo nie trwało, może godzinę. Jakoś żeśmy się poogarniali, no i ruszyliśmy. Silnik pracował tak cicho, że właściwy go zupełnie nie słyszeliśmy. Także przy uruchomieniu silnika, jak uruchomiałem silnik, to się okazywało, że go nie wiem czy jest uruchomiony czy nie, tak, że Andrzej musiał biegać na rufę by sprawdzać .
Zauważyliśmy też, że jest małe zużycie paliwa. Co prawda pływaliśmy z prądem, więc to normalne, że zużycie jest mniejsze, ale to było wyjątkowo małe . Zadowoleni więc z zakupu, bo na ciszy nam najbardziej zależało a i koszty się też zmniejszyły … i w tej ciszy popłynęliśmy sobie dalej. Nic się w zasadzie po drodze nie działo specjalnie szczególnego, bo tratwa jak tratwa, płynęła wygodna, duża. Mieliśmy dużo miejsca w środku.Zwłaszcza, że dwie osoby tylko płynęły, więc było dużo miejsca. Z przodu troszeczkę mało , na dwie osoby wystarczyło, w zupełności nawet i trzy, ale czwarta osoba to już problem, żeby się zmieściła na dziobie. Także jest to tratwa raczej dla trzech osób niż dla czterech.
No oczywiście co wieczór rozmowy na temat co tu udoskonalić, co poprawić, co jeszcze trzeba zrobić. Wszystko było dobrze. Do momentu…W Czerwonaku zaczął się palić czerwone światełka. Po ubiegłym roku już jesteśmy na czerwone światełko uwrażliwieni, bo zlekceważenie czerwonego światełka kosztowało lat zatarciem silnika, więc w tym roku do tego podchodziliśmy inaczej. Telefon do serwisu, co się dzieje i tak dalej. Okazało się, że przeszło mu 20 motogodzin, no i silnik zaczął wydawać dźwięki, że chce iść na przegląd. No dobrze, ale my jesteśmy na wodzie, mówię, serwisantowi, no i gdzieś musimy dopłynąć, mówię, żeby przyjechać do was, do serwisu. Gdzieś muszę wyslipować, a na razie slipu brak, mówię … no to do ilu do ilu motogodzin mogę jeszcze płynąć Żeby nie stracić gwarancji ? No do 25 maksymalnie brzmiała odpowiedź.
W Czerwonaku jest marina, co prawda, ale już byliśmy za tą mariną, cofać się nie było sensu., udało się dopłynąć do Obornik. (22 mh)
Stanęliśmy nie przy marinie tej miejskiej przy moście, bo tam podobno jest niebezpiecznie bo nieciekawe tam towarzystwo chadza, ale po drugiej stronie przy ulicy Wodnej jest taka prywatna marinka, właściwie przystań, no powiedzmy sobie stoją łódki. Tam żeśmy sobie zacumowali.
Telefon do Grzesia w Chorzępowie i przedstawiamy sytuacje.

-Zacumujcie dalej, tam gdzie stoi MILICJA Darka Wróbla.
Próbujemy uruchomić silnik, by się przenieść w dół te parę kilometrów, ale silnik głuchy. Zastanawiamy się co robić, bo wypłynęliśmy na jednym silniku. Za dwa dni mam spotkanie w Zatomiu, Andrzej za kilka dni śpiewanie … gdzieś, więc silnika zapasowego nie ma co sprowadzać, a na tym nie popłyniemy. Samospływem przy przeciwnym wietrze, nie na nasz wiek na pychach.
Silnika nie dało się uruchomić, zapasowego nie mieliśmy. Grzesiu Borowski w gorącej wodzie kąpany wsiadł w samochód i po prostu do nas przyjechał. Nie wiem, 60 czy 80 kilometrów I zabrał nas do siebie. Zostawiliśmy tratwę ze wszystkim tak jak była, z silnikiem powieszonym. Po prostu zamknęliśmy i pojechaliśmy do Grzesia.
Postanowiliśmy przesiedzieć u Grzesia te 2 dni i będziemy mieli transport powrotny, bo dojedzie Ludwika.
Wyszło tyle, że dojechaliśmy do Grzesia. Grzesiu nam zaserwował pokój. Okazało się, że nasi znajomi, starzy z Koszalina czy z Kołobrzegu, już nie wiem, nie pamiętam, są tam także, więc miło spędziliśmy dwa dni razem z nimi. Na trzeci dzień miała się odbyć ta impreza w Zatomiu, ale Żółw stwierdził że już za długo siedzi na miejscu i autobusem + pociag zjechał do Wielunia, no, a mnie zabrała Ludwika do Zatomia na miły wieczór.
Spotkań i śpiewania też było sporo. Z Ludwiką wróciłem do Słupcy.
Następny ruch był taki: telefon do Kuby, samochód i jedziemy do Obornik po silnik..
Wymontowaliśmy silnik, przy okazji zwiedzając fabrykę mieczy średniowiecznych kumpla ze studiów, która ma w Obornikach. Pływałem już z nim kiedyś po Biebrzy i Wartą. Silnik zostawiliśmy po drodze
w Poznaniu z w serwisie. Wróciłem do domu. Po Odbiór pojechałem nie wiem czy z Kubą, ale chyba raczej z Ludwiką. Odebrałem silnik płacąc za serwis 750 zł.
– następne serwisowanie po 80-ciu MH – usłyszałem.
